“Sukces. Tak często słyszymy to słowo. W księgarniach aż roi się od poradników zawierających bezcenne wskazówki jak go osiągnąć, jak być piękną, jak zarobić duże pieniądze, jak zaplanować swój dzień, jak wyznaczać sobie cele, jak ułożyć satysfakcjonujące relacje z partnerem, jak długo żyć, jak się odżywiać. Strony internetowe i blogi krzyczą do nas coraz to nowymi dietami, poradami jak wyglądać ekskluzywnie za grosik.
Przepis na cudowne życie. Tylko brać.

A może zamiast stale pytać: jak? warto postawić sobie inne pytanie: po co? Albo jeszcze inne:
kim jestem? Czy naprawdę jest coś złego w tym, że zamiast się trzeciego języka obcego cały wieczór oglądam głupi serial zajadając ciastko (o zgrozo, z glutenem!) i popijając kawę z mlekiem (z laktozą!). Czy naprawdę to takie straszne, że pewnego dnia wchodzę na wagę i okazuje się, że mam o kilka kilogramów za dużo lub za mało. Za dużo lub za mało niż kto? Kiedy pozwoliłam komuś zdecydować ile mam ważyć, w co mam się ubierać i jakie filmy oglądać, jakie książki czytać. Kiedy i kto postawił tyle poprzeczek? I czemu tak wysoko?
Dlaczego nie można być bibliotekarzem albo kierowcą zawodowym? Albo pracować w stołówce? Albo mieć niemodną fryzurę. Krzywe zęby. Nie jeść ciecierzycy. Spać do jedenastej. Nie chodzić na siłownię dwa razy w tygodniu. Ktoś mi powie?
Czy w tym dążeniu do bycia kimś lepszym nie zatracamy przypadkiem siebie? Jak to się stało, kiedy i dlaczego pozwoliliśmy komuś by decydował co jest dla nas dobre. Czytamy: „bądź panem siebie”, „bądź panem swojego czasu”. Zapytajmy czasem tę osobę, która jest w nas czy naprawdę chce trzeciego fakultetu, czwartego etatu, czy naprawdę chce iść na tę imprezę, czy naprawdę chce?
Nie chcę krytykować samodoskonalenia i idei rozwoju osobistego, które same w sobie nie są niczym złym. Tylko cichutko i nieśmiało proszę aby w pogoni za sukcesem przez duże es nie zapomnieć o tym małym ja, które czasem chciałoby sobie pobyć po prostu niedoskonałe. Najpiękniej jak tylko się da. Po swojemu.”