Witam czytelników 🙂

Dzisiaj chciałbym pokazać moje podejście do programowania podświadomości. Moi stali czytelnicy zapewne pamiętają wpisy, w których wyrażałem się na ten temat z nieskrywaną sympatią. Od czasu tamtych notek, w moim postrzeganiu rzeczywistości zaszły jednak pewne zmiany. Niewątpliwym momentem zwrotnym było poznania nieświadomości w kontekście psychologii analitycznej.

Przyznam, że długo odwlekałem moment, w którym będę musiał ustalić swoje podejście do podświadomości. Zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi mogło wyczytać w moich postach hipokryzję, ponieważ najpierw piszę o prostych sposobach modelowanie rzeczywistości, a potem poświęcam większą cześć notek na teorię Junga, która sprzeciwia się wszelkim szybkim rozwiązaniom. Wytłumaczeniem takiej niestałości moich poglądów jest niewątpliwie charakter mojego bloga. Otóż założyłem go z myślą o przekazywaniu ciekawych pomysłów innym ludziom, ale również po to, by poukładać własne myśli i zacząć na poważnie rozwijać się wewnętrznie. W toku przemyśleń natrafiałem na różnego rodzaju literaturę, która pokazywała mi całkiem odrębne poglądy na ten sam temat. Z początku coraz bardziej odrzucałem koncepcje Josepha Murphi’ego i przybliżałem się do poglądów Carla Junga. Byłem nawet gotów na napisanie notki o tym, jak wielką bzdurą jest wierzenie w moc wpływania na swoją podświadomość. Cały czas jednak pozostawał we mnie sentyment do autora „Potęgi podświadomości”, dlatego też wstrzymywałem się przed wydaniem ostatniego wyroku.

Pewnego dnia, podczas jazdy tramwajem na uczelnie, przyszło mi do głowy rozwiązanie. Okazało się bowiem, że jestem w stanie połączyć poglądy Junga z poglądami Muprhi’ego. Do tego przedsięwzięcia wystarczy użyć struktury psychiki, którą zaproponował Freud. Spójrzmy na wykres:

Fredu struktura psychiki

Warstwa świadoma ściśle wiąże się z odbiorem świata zewnętrznego. Jeżeli chodzi o przedświadomość (czasami błędnie tłumaczona jako podświadomość), zawiera ona to, co może zostać uświadomione np. pamięć i wiedza.Nieświadomość z kolei skład się z wszystkich treści wypartych, a więc tych, które były nieprzyjemne i z jakieś przyczyny świadomość chciała się ich pozbyć. Skoro już omówiliśmy pokrótce jak to ma się u Freuda, teraz pozostaje pytanie: „Co ma do tego Jung i Murphy?” Już tłumaczę…

Otóż autor „Potęgi podświadomości” uważał, że możemy władać nad naszą podświadomością i programować ją wedle naszych upodobań. W tym momencie należy uznać, że nie miał on na myśli nieświadomości a przedświadomść, która jest bliżej strefy świadomej i ma z nią bezpośredni kontakt. Za przykład może tutaj posłużyć nauka jazdy samochodem. Im więcej powtarzamy daną czynność, tym mniej udziału świadomości potrzebujemy, aby ją wykonać. Innym przykładem jest nauka do sprawdzianu. Zauważmy, że przed samym testem wydaje nam się, że niczego nie umiemy. Kiedy jednak usiądziemy nad kartką, to cała wiedza dociera z powrotem do naszej świadomości.

Po powyższym możemy zatem stwierdzić, że Murphy powinien swoją książkę nazwać „Potęga przedświaodmości”. Co więcej, możemy teraz zauważyć, że takie praktyki jak afirmowanie sobie pozytywnych treści, czy wizualizację, nie dają głębokich efektów w naszej psychice. Działają dość powierzchownie i, jakby to określił Mateusz Grzesiak, tworzą pewną halucynację życia. Zatem programowanie swojej przedświadomości nie jest w stanie wyleczyć z takich chorób jak nerwica czy depresją, nie wspominając już o radzeniu sobie z kompleksami (więcej o tym tutaj), ponieważ wszystko, co wpływa negatywnie na nasze samopoczucie, ma swoje źródło w nieświadomości.

Jedynie czego możemy dokonać stosując metody zawarte w książka Muprhiego, to stworzyć silną tamę, która oddali nas od bolesnych wypartych treści. Zapora taka ma prawo istnieć tylko do czasu zaprzestania afirmowania. Jeżeli ktoś przestanie świadomie kontrolować swoją przedświadomość, nastąpi odwet nieświadomości.

Ponadto, wmawianie sobie różnych rzeczy, które nie są zgodne z naszym prawdziwym postrzeganiem siebie, może spowodować pewną sytuację. Ma ona związek z porównaniem naszej przedświadomości do misy z brudną cieczą. Kiedy wlewamy tam pozytywne treści (czyli czystą wodę) to wtedy naczynie zaczyna się przelewać i całe pomyje wypadają na zewnątrz. Spoglądając jeszcze raz na wykres zauważymy, że jedynie, gdzie z naszej przedświadomości mogą wylać się brudna woda, to do nieświadomości. Zachodzi więc pewnego rodzaju wyparcie naszej słabości. Tak też zasilamy alter-ego, które Jung nazywa Cieniem. (więcej na ten temat tutaj).

Jung, w przeciwieństwie do Murphi’ego, uważał, że nieświadomość indywidualnej (nazywanej przez niego również podświadomością) nie da się programować. Można jedynie podjąć z nią pracę, która polega na długiej analizie, tego dlaczego działam tak a nie inaczej i czemu to służy. Teoria Junga mówi również o tym, że powinno się porozumieć ze swoją nieświadomością i prowadzić z nią pertraktację, których efekt można przestawić w prostym porzekadle: „Wilk syty i owca cała”. Praca z podświadomością polegała głównie na badaniu snów i ich interpretacji (o tym można poczytać tutaj) oraz stosowaniu przeróżnych metod kontaktowania się ze swoją głębią. Do najciekawszych z nich należała metoda aktywnych wyobrażeń. W tej metodzie chodziło o to, żeby wyobrazić sobie w jakieś postaci czynnik wywołujący konflikt i próbować z nim porozmawiać. (Więcej pisałem o tym w poście o kompleksach)

Jung założył również istnienie nieświadomości zbiorowej, w którą tworzą archetypy. Owe praobrazy możemy znaleźć np. w mitologii. Wpływają one na nasze życie w sposób pozytywny lub negatywy – wszystko zależy od tego, jak bardzo jesteśmy świadomi ich istnienie (Więcej informacji o tym znajdziecie w serii moich postów pt. Teoria Junga). Jeżeli więc prasiła płynąca z archetypu zderzy się z naszą afirmacją, to nie ma opcji, żeby ta druga wygrała, ponieważ każda autosugestia jest tworem ego, które w porównaniu z nieświadomością jest malutkie.

Jeżeli chodzi o dobre strony afirmowania pozytywnych treści, to jest nim szybki efekt, który może pomóc nam w realizowaniu jakiegoś projektu. Możemy zatem wizualizacjami nakręcić się na jakiś cel, dzięki czemu będzie się nam wygodniej działało. Nie znaczy to oczywiście, że Wszechświat będzie nam sprzyjał. Po prostu w pozytywnym stanie emocjonalnym zwracamy uwagę tylko na dobre strony danej sytuacji. Przez to łatwiej jest nam działać efektywniej. W sytuacjach, kiedy muszę się szybko zmotywować, sam do teraz korzystam z afirmacji, bo wiem, że wpłynie to na jakość mojej pracy. Ponadto, afirmacje mogą pomóc w rozwiązywaniu konfliktów wewnętrznych, ale tylko jeśli nie zostały one wyparty (tj. gdy znajdują się w przedświadomości). W tym wypadku musimy być ostrożni z afirmacjami, ponieważ jeżeli zaczniemy powtarzać coś, co jest totalną odwrotnością w stosunku do naszego problemu, możemy dokonać wyparcia (o czym już wcześniej wspomniałem) Według mnie to jedyne słuszne zastosowania metod Josepha Murphy’ego.

Z doświadczenia wiem, że nasze afirmacje tworzą tylko halucynację, które łatwo zostają rozbite przez traumatyczne wydarzenia życiowe. Możemy patrzeć na życie przez różowe okulary, tylko właściwie po co? Możesz wmawiać sobie różne rzeczy i uciekać przed swoim wnętrzem, jednak życie często stawia nas w takich sytuacjach, że nie jesteśmy w stanie już dłużej odwlec kontaktu ze swoim prawdziwym jestestwem – tym bardziej, gdy w grę wejdą archetypy. Lepiej jednak nie czekać na taki moment i skonfrontować się ze swoją głębią świadomie. To z kolei wymaga dużej dyscypliny i dużego wysiłku, ale satysfakcja gwarantowana.