Czy jest Wam znane pojęcie overthinking? Być może nie z nazwy, ale ze zjawiskiem zetknęliście się na pewno. Mowa o uciążliwym rozważaniu przeszłości, zdarzeń, które miały dla Was wartość. Ja borykam się z tym problemem od dawna i postanowiłam podzielić się swoimi obserwacjami i wnioskami.

Nie mogę przyjąć rzeczywistości taką, jaka jest. Łapię się na szukaniu drugiego dna do tego stopnia, że utrudniam sobie samej czerpanie przyjemności, bo zamiast skupić się na tym, co się wydarzyło, intensywnie myślę o ukrytym, negatywnym znaczeniu pewnych faktów. To tak, jakbym dostawała wymarzony prezent i na pierwszym planie była myśl „ciekawe, czy w środku jest granat” zamiast radości. Nie do końca wiem, skąd się to bierze.

Na moich studiach jedne zajęcia poświęcone są zachowaniom informacyjnym – w skrócie: relacje człowieka z informacją. Podstawowe pojęcia to oczywiście „poszukiwanie informacji”, „pozyskiwanie”, ale także „odrzucanie informacji”, „niszczenie” jej oraz… „przypadkowe natrafienie na informację”. Może wydawać się to oczywiste, ale warto uświadomić sobie i nazwać pewne zjawiska. Gdy omawialiśmy takie właśnie napotykanie informacji, których wcale nie poszukiwaliśmy, pomyślałam, że to zjawisko występuje obecnie częściej niż nawet poszukiwanie informacji. Dlaczego? Otóż korzystając z portali społecznościowych możemy, owszem, dowiedzieć się co słychać u naszych znajomych lub celebrytów w momencie, gdy naprawdę nas to interesuje, ale chyba sami przyznacie, że przeważnie wcale nie zżera Was ciekawość na temat nowości, które widzicie na tzw. ścianie Facebooka. Ktoś jest głodny, ktoś otrzymał nowy zegarek, a to reklama pampersów, zdjęcie pizzy, kupię sukienkę na Sylwestra, tramwaj się spóźnił, czyjś idol dodał nowe zdjęcie… Spędzając czas na przeglądaniu strumienia wiadomości na portalach społecznościowych otrzymujecie informacje, które mogą Was zaciekawić, ale niekoniecznie są niezbędne do funkcjonowania. Kto nie mógł się doczekać, żeby po powrocie ze szkoły lub pracy ujrzeć nagranie, na którym ludzie walczą o karpie w Lidlu?

Po co ta wstawka?

Zaczynam łączyć powyższy chaos informacji z brakiem zdolności do uzyskania wewnętrznego, mentalnego spokoju. Przyzwyczajam swoją głowę do nieustającego natłoku nowości bez względu na to, czy mają one dla mnie znaczenie. Robię ze swojego umysłu gąbkę, która gdy tylko trochę wyschnie i nie ma skąd czerpać, przyczynia się do wspomnianego wcześniej analizowania, byle tylko móc coś przetwarzać. I nie ma to nic wspólnego z przyjemnością. Zaczynam tworzyć sobie problemy tam, gdzie ich nie ma. I przyznaję, że z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wiele straciłam przez takie doszukiwanie się ukrytych przekazów w cudzych wypowiedziach czy zachowaniach, w sytuacjach codziennych i wyjątkowych. Doszło to do etapu, w którym czytając komplement w mojej głowie pojawiał się scenariusz „mówi tak, żebym nie domyśliła się, że jest jakiś problem”, „to było miłe, ciekawe co chce ukryć?” i jeszcze gorsze, o których nawet wstyd mi opowiadać.

Problemem nie jest nawet sam fakt, że ja tak myślę, ale konsekwencje, jakie z tego wynikają. Skazuję się na całkowite odrzucanie możliwości, że ktoś naprawdę myśli o mnie w dobry sposób, a co za tym idzie sama wpędzam się w złe samopoczucie, jestem rozdrażniona i odpycham od siebie ludzi, którzy chcą dla mnie dobrze. Gdy uświadomiłam sobie to, byłam przerażona, że mogę stracić coś, na czym tak bardzo mi zależy przez własne przeinaczanie faktów. I przypomniał mi się Sekret.

„Sekretem” jest prawo przyciągania opisujące ludzi na zasadzie wieży transmisyjnych. Uważa się, że – upraszczając – myśląc przyciągamy do siebie zdarzenia. „Wysyłając” dobre myśli nadajemy na częstotliwościach pozytywnych, a one z kolei wracają do nas w postaci dobrych zdarzeń, ale mając pesymistyczny obraz świata „ściągamy” na siebie niepowodzenia. Sztuką jest pozbycie się tych właśnie niepokojących wizji, a skupienie wyłącznie na myśleniu o tym, co nas uszczęśliwia i co chcielibyśmy, by nas spotkało. Kiedyś, gdy poznałam tę zasadę, wprowadziłam ją do swojego życia i widziałam efekty. Nie chodzi o to, by mówić sobie: „mogłoby być lepiej” tylko „będzie lepiej” a nawet „nie ma możliwości, by się nie udało”.

Czytam to, co napisałam i ze zdumieniem odkrywam, że przez ostatni czas zapominałam o postrzeganiu siebie jako kogoś, kto zasługuje na najlepsze. Pracuję nad przywróceniem tego światopoglądu i chcę, by ktokolwiek, komu może to pomóc, mi zaufał i po prostu dał sobie szansę na czerpanie z życia pełnymi garściami. Jeśli mam spędzać czas na pisaniu czarnych scenariuszy, to równie dobrze mogę rzucić wszystko i zaszyć się w jakiejś puszczy. A nie tego chcę.

Osobom, które chciałyby zgłębić temat, polecam książkę „Sekret” autorstwa Rhondy Byrne. Jest pisana w dość specyficzny sposób, który mnie drażni, ale przekaz jest bardzo mocny.

1