Zaznacz stronę

Pewnego dnia wzięłam do ręki „Amulet z Samarkandy” i zaczęłam czytać. W Empiku. Po trzech czy czterech stronach uznałam, że muszę tę książkę natychmiast odłożyć, bo inaczej zaczytam się i spóźnię na spotkanie. Poprosiłam zatem o książkę na Gwiazdkę, ale nie znalazłam jej pod choinką. W końcu, po wielu trudach związanych z brakiem gotówki faktycznej, posiadaniem jedynie bonów i dostępem tylko do sklepów, które „Amuletu” już lub jeszcze nie miały, udało mi się go kupić.
Owszem, początek był tak świetny, jak go zapamiętałam (chłopaczek imieniem Nathaniel – Nathaniel! – wzywa dżinna i, jąkając się, nakazuje mu ukraść potężny amulet z domu wielkiego czarodzieja; sytuację oglądamy oczami dżinna). Owszem, książkę przeczytałam w jeden wieczór. Owszem, była całkiem ciekawa. Ale… odczuwam pewne rozczarowanie.
Może to ten realizm, którego nie spodziewałam się po fantastyce rozpoczynającej się w taki sposób. Realizm? Nie, to złe określenie. Pewien rodzaj konsekwencji, który właściwie każe się spodziewać, że jeśli uczeń czarodzieja z głupiej żądzy zemsty spowoduje lawinę wydarzeń, które go przerosną, to nie wszystko skończy się szczęśliwie. Nathaniel nie okazuje się ani bardzo zdolny, ani bardzo wredny, ani bardzo szlachetny, tylko boleśnie prawdziwy. A ja oczekiwałam czegoś w rodzaju „Światów Chrestomanciego” albo pierwszych tomów „Harry’ego Pottera”. Bardziej baśniowego.
Swoją drogą, dziwnie się czytało „Amulet” bezpośrednio po drugim tomie „Jonathana Strange’a i pana Norrella” – i tu, i tu magia odgrywa zasadniczą rolę w życiu i funkcjonowaniu Brytyjczyków, którzy świetnie zdają sobie sprawę z jej istnienia (skojarzenie z „Harrym Potterem”: świat dzieli się na magów i pospólstwo). Tyle że przygody Jonathana były bardziej wciągające, zabawniejsze i – mimo dość dużej liczby przykrych wydarzeń – raczej optymistyczne. Oraz chyba po prostu lepiej napisane… styl pani Clarke jest dość charakterystyczny, już go znam, rozpoznaję i lubię, zaś styl J. Stouda pozostaje dla mnie obcy i pospolity. Aczkolwiek przyznać muszę, że liczne wtrącenia dżinna w przypisach bardzo mi się podobały.
Jeszcze jeden zgrzyt w powieści: nagła zmiana sposobu prowadzenia narracji. Pierwsza osoba dla dżinna, trzecia dla Nathaniela – to rozumiem i lubię. Zmiana kamery. Urozmaicenie i wzbogacenie. Ale dlaczego autor nie zachowuje konsekwencji i we fragmentach o dżinnie zmienia ni stąd, ni zowąd pierwszą osobę na trzecią, tego zrozumieć nie mogę.

autor recenzji: przeczytane.blog.pl