Terapia bezlitośnie obnażała nasz mechanizmy obronne; niedojrzałe, dziecięce, wręcz dziecinne. Z trudem przyjmowałam fakt, że ja też się nimi posługuję. Gdy przyszła kolej na omawianie mojego rysunku, byłam już po paru „mocnych” sesjach, w których coś uporządkowałam. Jak się okazało, nie wszystko było „wymiecione spod dywanu”. Grupa zwróciła uwagę, że mój rysunek będący planem mieszkania tak naprawdę pokazuje izolowanie się poszczególnych członków rodziny, chociaż drzwi do poszczególnych pomieszczeń były pootwierane. Rysunek był starannie ubrany, podobnie jak mój wygląd perfekcyjnie dopracowany w każdym szczególe. W moim ubiorze nie ma miejsca na przypadkowość i każdy detal jest przemyślany. Nie przypuszczałam, że jest to tak widoczne i tak jestem odbierana. Wydawało mi się, że nie jestem dość dobrze ubrana. Inną rzeczą, na którą zwrócono uwagę to brak granic zewnętrznych na rysunku. Były ściany pomiędzy pomieszczeniami, ale nie było murów zewnętrznych. To mi uświadomiło, jak mało bezpiecznie czułam się w domu. Omawianie mojej pracy powodowało, że czułam się coraz mniejsza, obnażona, pozbawiona obrazu i bezbronna jak dziecko. To był trudny czas, źle się czułam i byłam rozbita, a na dokładkę zbliżał się czas przerwy wakacyjnej w terapii i nie wyobrażałam sobie życia bez spotkań z grupą. Cierpiałam na samą myśl o przerwie. Ciekawe, że nikt inny nie miał takich obaw. Terapia psychoanalityczna jest najgłębiej sięgająca i miałam możliwość poczuć swój dawny strach dziecka bojącego się porzucenia, nadużycia i przemocy. Przez dwa tygodnie leżałam cierpiąca. Nieraz rozmawialiśmy przez telefon z uczestnikami terapii. Byliśmy z różnych miast i nie mieliśmy możliwości spotkać się poza grupą. Moje cierpienie psychiczne przeniosło się na somatyczne i udałam się do lekarza. Ten zignorował zgłoszone przeze mnie fakt, że jestem w pogłębionej terapii dla DDA i wszczął alarm. Wysłał mnie do szpitala z podejrzeniem poważnej choroby. Spędziłam kilka dni na gruntownej diagnostyce, łącznie z tomografią komputerową, na którą zawieziono mnie karetką do innego miasta. Byłam wyjątkowo spokojna o wyniki i dobrze czułam się w szpitalu, pod opieką innych. Tym razem to inni się mną opiekowali. Wszystkie wyniki okazały się prawidłowe. To doświadczenie pokazało mi, jak silne oddziaływanie na zdrowie mają niezałatwione, stare sprawy. Im więcej mamy „zamiecione pod dywan”, tym więcej problemów zdrowotnych. To samo zjawisko obserwowałam u swojej przyjaciółki, która za moim przykładem również poszła na tę terapię. Również wylądowała na oddziale, tyle, że z podejrzeniem ukrytej wady serca. Ona także miała prawidłowe wyniki badań. Mam jednak świadomość, że nie każdy odważy się na taką terapię. W moim przypadku była determinacja podyktowana kierunkiem studiów, chociaż już wiedziałam, że psychoanaliza nie jest kierunkiem, którym bym chciała podążać.

Po wakacyjnej przerwie z radością pojechałam na spotkanie. Znów cieszyłam się towarzystwem grupy. To naprawdę było dla mnie pasjonujące. Jednak jesienią zaczęły się małe nieporozumienia i niesnaski między niektórymi uczestnikami grupy. Moja mandala po wielu kolorach, łącznie z oczyszczającą bielą, zaczęła się zbliżać do środka. Wciąż nie wiedziałam jaki tam będzie kolor i myślałam o tym z niepokojem. W grupie bardzo związałam się z dwiema osobami, które przypominały mi ojca i mnie samą sprzed wielu lat. Jednak konflikty nie ominęły także naszych relacji. Było niespokojnie, straszno i smutno. Zdecydowałam się poruszyć ten temat na grupie. Bałam się i gdy terapeutka zadawała mi pytania, odpowiadałam jak w transie. Byłam odrętwiała i nie do końca wiedziałam, o co tak naprawdę chodzi i gdy nagle – ku memu najwyższemu zdumieniu dla siebie samej – powiedziałam ze szlochem, że bardzo kocham mojego tatę i strasznie za nim tęsknię, za tym, którego utraciłam w dzieciństwie, gdy zaczął pić i przestał być dla mnie ochroną. Bardzo się rozpłakałam. Miałam takie uczucie, jakby ktoś ze mnie wyciągnął za stary łańcuch stary, omszały kamień z kolcami. To okazało się moją największą i najgłębszą tajemnicą. Ja sama nie byłam świadoma tej miłości. Do domu wracałam oszołomiona, jak na skrzydłach. Czułam niesamowitą lekkość i radość. Tamtej nocy nie mogłam zasnąć. Wydawało mi się, że lecę wysoko w przestworza, lekka jak piórko i jestem tam sama, ale nie samotna. Czułam jakbym była w chmurach i był tam cudowny spokój i ukojenie. Pierwszy raz doświadczałam takiego stanu. Nie znam działania narkotyków, ale myślę, że do takiego stanu dążą Ci, którzy je zażywają. Ogarnęło mnie uczucie miłości do siebie i ludzi. Ten stan utrzymywał się dosyć długo. Na następnym spotkaniu oznajmiłam, że mogę śmiało powiedzieć iż kocham te dwie osoby z grupy, które stały się dla mnie bliskie. To uczucie tak naprawdę odzwierciedlało mój stosunek do ojca i siebie samej. Od tego czasu moja relacja z tatą zaczęła się coraz bardziej polepszać i ocieplać. W mojej mandali natomiast na samym środku znajduje się kolor różowy.